Dancon March, czyli spełnione marzenie
Dancon March (Marsz Duński) to tradycyjny, wymagający marsz wojskowy organizowany przez duńskie kontyngenty wojskowe wszędzie tam, gdzie Duńczycy pełnią służbę. Marsz odbywa się od 1972 roku, a tradycja wywodzi się z Cypru. Mojego pierwszego „dancona” przeszedłem w Kurdystanie w 1995 r. będąc członkiem polskiego kontyngentu policyjnego misi UNGCI. To tam na mecie do karetki wsiadł Andrzej Kaczor. Dziwiłem się podniesionym głosom nakazującym mu wysiadać, że to niby przynosi pecha – za dwa tygodnie zginął w zamachu na patrol. Może coś w tym jest ?
Od lat w Kosowie duńska jednostka KFOR, stacjonująca w bazie Camp Novo Selo organizuje marsz – często nawet kilka razy w roku. Uczestnicy, w tym żołnierze i policjanci z kilkunastu krajów mają do pokonania ok. 25-29 km w górzystym terenie, niosąc 10-25 kilogramowy plecak oraz broń. W marszu uczestniczą polscy żołnierze PKW KFOR oraz policjanci Jednostki Specjalnej Polskiej Policji (JSPP) misji EULEX. Celem marszu jest integracja żołnierzy KFOR, sprawdzenie sprawności fizycznej oraz zbieranie środków na cele charytatywne.
W bazie jest start i meta marszu (w tym roku 29 km). Po zważeniu plecaków wysłuchaliśmy zagrzewającego Nas do walki „prawdziwego” Wikinga wymachującego toporem. Na jego okrzyk odpowiedziało około 1 tys. uczestników… kumacie ten klimat ? – ruszyliśmy.
Pierwsze kilometry to była rozgrzewka przed… nie pamiętam już który z chłopaków, chyba Filip – wskazując na bardzo odległe, majaczące w porannej mgle wieże antenowe, na odległej górze, zapytał… chyba tam nie idziemy ? Miał dobre przeczucie.
Maszerując przez wioski Kosowskich Albańczyków i mijając malutkie meczety niepostrzeżenie wspinaliśmy się pod górę. Pozdrawiali nas wszyscy machając… kierowcy i umorusane dzieci… ubrane biednie – kobiet nie widziałem.
Pierwsza przerwa techniczna … przekąska i picie po mniej więcej 7 km, czując się „choćby co” / świeżo – każdy chwycił co było pod ręką – nawet nie zatrzymaliśmy się na odpoczynek.
Były dwa, może trzy strome podejścia po kilkaset metrów. Na początku, żołnierze starali się utrzymać w szyku swoich pododdziałów, szli dwójkami, później w rzędach – ale obciążenie robiło swoje, część chłopaków zaczęła odstawać – odpoczywali. Saperzy taszczyli pod górę ponton… towarzystwo się w końcu przemieszało.
To gdzieś tutaj rozpoznał mnie służący w polskim KFOR Bartłomiej Markowski – organizator Biegu Weterana Fundacji Bracia z Radzymina, pisząc post factum w sms, że rozpoznał mnie na trasie. Na pytanie dlaczego nie odezwał się / nie podszedł, odpowiedział …
„ścigałem się z 25 kg, a jak się mijaliśmy to złapałem kontuzję, a sam nie chciałem Pana Pułkownika hamować”. No cóż… podobno góra z górą się nie zejdzie, ale ludzie… Powodzenia Bartłomieju, powodzenia. Do zobaczenia w Polsce.
Parliśmy do przodu. Na 12 km (przewyższenie 913 m), opadając już z sił dojrzałem w oddali prześwity. Ja na oparach / koledzy nie wiem, dotarliśmy na szczyt, gdzie był główny pkt. żywieniowy i toi-toi. Tutaj zrobiliśmy sobie zdjęcie z narodową flagą. Przyrządziłem sobie energetyka, zjadłem kilka chipsów, i do przodu, co oznaczało strome zejście kilku km w dół, czyli to czego bardzo nie lubię… wolę zbiegać niż iść. Pokonując liczne zakręty i cieki wodne, zastanawialiśmy się jak byłoby tu po deszczu lub gdyby akurat padał. Mieliśmy dużo szczęścia. Gdy pojawiła się pierwsza wioska, widok czwórki maluchów ranił serce. Żałowałem, że nie zabrałem cukierków – nie wiedziałem, że może być tak źle. Mieliśmy jeszcze kolejnych 9 km „prawie” po płaskim do mety w tym przez gliniaste pola.
Rafał, Naczelnik Wydziału Misji Zagranicznych i Oficerów Łącznikowych BMWP KGP wyraźnie starał się czuwać nade mną, a ja nie chciałem Chłopaków zawieść. Mijając odpoczywających i liżących rany, wyprzedzani przez lepszych od Nas dotarliśmy do mety po 6 h 27 min.
Tu czekały na nas medale i okolicznościowe dyplomy. Dokupiłem koszulkę techniczną. Nie licząc dwóch paznokci, które póki co trzymają się zaliczyłem drugiego „Duńczyka” z olbrzymią satysfakcją.
Pobyt w Mitrowicy, to niezwykle ważne dla mnie spotkanie z policjantami JSPP z okazji obchodzonego przez INTERPOL Międzynarodowego Dnia Pamięci Poległych Policjantów, którzy stracili życie na służbie. Mówiłem o Kolegach, którymi dowodziłem – Andrzeju Kaczorze, Andrzeju Bullerze, Bogdanie (Bodeczku) Laskowskim, i… chyba mnie poniosło – miałem łzy w oczach. To byli moi przyjaciele z którymi byłem do końca i którzy pozostaną w sercu do końca dni moich.
Misje to nie tylko przygoda i pieniądze ale też kostucha, która tylko czeka żeby zaprosić do ostatniego tanga… Mam nadzieję, że do słuchaczy dotarł mój przekaz. Koleżanki i Koledzy Policjanci JSPP.. gorąco Was pozdrawiam…
Rafale – dziękuję.
Marek, Prezes Honorowy


