Z historią w tle… rekonesans w Iraku (2/5) – maj 2004 r.

Fragment książki „Misyjne wspomnienia” Marka Górnickiego, która została wydana w 2013 roku w WSPol w Szczytnie.

Część 2 – Na ziemi irackiej

Lądowaliśmy w bazie amerykańskiej w Tallil. Samolot gwałtownie wytracił wysokość. I dobrze, nie ma co tu krążyć. Zbliżał się wieczór. Stojąc przed polem  namiotowym  wysłuchałem pana pułkownika, chyba  logistyka,  bo  jak  sam  stwierdził:  jestem  odpowiedzialny za wasze rozlokowanie. Mówił po angielsku. Rozumieliśmy go z trudem. Gdy Ukraińcy zabrali swoich, przeszedł na polski. Pójdziecie do Amerykanów – tu wskazał daleki namiot, po sprzęt do spania. Nasze namioty to… U Amerykanów usłyszałem, że wszystko muszą nam dać Polacy. Zgarnęliśmy  jakoś  po  poduszce  i  w  zapadającym  mroku  odnaleźliśmy  nasz  namiot.  Zimno    jak diabli –  klimatyzator  na  full,  bez  możliwości  wyłączenia.  Próbowałem  znaleźć  logistyka,  jakiś koc by się przydał – ale bezskutecznie. W namiocie  (hali)  oprócz  nas  znalazł  się  jeszcze  klient ze Straży Granicznej. Reszta w cudowny sposób rozpłynęła się do sobie znanych  miejsc i kanciap. Część spała w namiocie obok. Do poranka dotrwałem, dygocąc z zimna. Telepało mną niesamowicie. No cóż, nikt nie mówił, że będzie łatwo. Droga do kantyny była długa. Idąc tam pieszo na śniadanie, podziwiałem rozległość bazy i rozmach, z jakim ją zbudowano. Służący tu na stałe mieli bardziej niż znośne warunki mieszkaniowe. My należeliśmy do tysięcy,  dla których    to miejsce było tylko punktem przerzutowym w inne rejony Iraku.

Po śniadaniu (żadna rewelacja) w drodze powrotnej do namiotu – informacja: za pół godziny spotykamy się w tym miejscu, pobierzecie broń, kamizelki… Zakładając kamizelkę kuloodporną na chwilę mignął mi w oczach Mostar – kuźwa, jak ten czas leci – a broń i amunicja przypomniała, że nie jestem na wycieczce. Ładujemy się na trzy stary 266. Eskorta jest na honkerach. Samochody są obłożone siatkami maskującymi. Żołnierze mają na szyjach „cywilne” arafatki. To na pewno praktyczne rozwiązanie. Wyglądają na prawdziwe lisy pustyni. Ruszamy.  Szybko się okazuje,  że jeden ze starów nie jest sprawny technicznie. Z rury wydechowej wali czarny dym. Pojazd wyraźnie „nie trzyma prędkości” kolumny. Musimy zwolnić. Mijamy jedną za drugą kolumny cystern. Może to dziwne, ale w kraju, gdzie ropa jest tańsza od wody, brakuje benzyny na stacjach benzynowych. Koalicja musi więc zapewnić ciągłość jej dostaw. Wraki wypalonych cystern są częstym widokiem. Przed nami widać dym. Im jesteśmy bliżej, tym się powiększa. Na poboczu widać płonącą cysternę. Z drugiej tryska cienka struga płonącego paliwa. Pewnie snajper trafił zapalającym. Podjeżdża humvee. Amerykanin długą serią przeciąga po zbiorniku. No tak, teraz to się pali, duży kaliber robi swoje. Dla mnie to niesamowity widok. Notuję w pamięci,   że nasza kolumna specjalnie nie zwolniła. Próbowałem robić zdjęcia. Ale nie bardzo mi szło. Trzeba było odłożyć beryla, zdjąć okulary, wyjąć aparat. Aparat wyjąłem, zrobiłem kilka zdjęć, ale w tym kurzu bezpowrotnie zacięła mi się przesłona. Po kilku godzinach dojeżdżamy do Camp Babilon. Jak sama nazwa wskazuje, mieści się w miejscu starożytnego miasta. Ostatnie „dziesiąt” kilometrów to nieustanne myszkowanie pod wiaduktami nad autostradą. Zygzakowanie przy dużej prędkości nawet zaczęło mi się podobać. Warunki bytowe w obozie są nieporównanie lepsze niż poprzedniej nocy. Ze strażnikiem dostajemy swój kontener, chłopak jest OK, słowem nie jest źle.

Kilkusetkilometrowa podróż otwartym pojazdem w kurzu zamieniła mój nowiusieńki mundur    w brudną skorupę. Ten stan należało natychmiast zmienić. Zakupiłem więc w sklepiku najmniejszy  z możliwych proszków i załadowałem do jednej z chyba trzydziestu pralek stojących w pralni. Błąd odkryłem prawie natychmiast. Proszek  należał  do  tych z gatunku wysoko  pieniących  się. Jak ta pralka to wytrzymała, nie wiem do dziś. Jedyne wytłumaczenie jest chyba takie, że to była „wojskowa” pralka, przystosowana do warunków wojennych. Momentami się nawet kamuflowała (na biało) i nie było jej widać – a myślałem, że pralki to szczelne urządzenia.

Mój program przewidywał wizytę w Akademii Policyjnej w mieście Al Hillah i spotkanie z szefem policji prowincji Babil. Toczące się walki w Karbali i Nadjaf, śmierć dowódcy kompanii specjalnej i polskich dziennikarzy spowodowały jednak, że wszystkie przedsięwzięcia poza obozem odwołano. Moje spotkania siłą rzeczy ograniczone zostały do tych na miejscu. Rozmawiałem ze sfrustrowanymi raczej amerykańskimi policjantami, którzy przyjechali tu miesiąc temu i jak dotąd nie wyszli poza obóz ze względów bezpieczeństwa, a także z dowódcą III zmiany MND CS.   Pan generał nie wyobrażał sobie, aby wśród międzynarodowych doradców policyjnych zabrakło naszych policjantów. Ich zadaniem miało być doradztwo i szkolenie lokalnej policji, a także współpraca cywilno – wojskowa w ramach  CIMIC.

Stojąc  w  międzynarodowej  kolejce  po  papu  na  stołówce,  widziałem  Amerykanów  z  bronią i w hełmach na głowie pomimo upału. Gdy jeden z „amerykanów” zagadnął do mnie w najczystszej polszczyźnie, zapytałem, czemu się tak męczy w tym hełmie – zdejmij. Nie da rady. Gdyby coś mi się stało, nie dostanę ubezpieczenia. Pieniądze, pieniądze to najlepszy motywator. Dlaczego zrozumienie tego tak trudno przychodzi naszym decydentom?

To już kolejny dzień w obozie – wzbudzałem zaciekawienie w dzień i w nocy. Zwykli żołnierze pytali mnie, kiedy my policja tu wejdziemy – miałem bardzo mieszane uczucia, co do potrzeby naszej tu obecności. Moje wątpliwości narastały z każdym dniem. W nocy z kolei ciekawiłem żołnierzy wszystkich narodowości moim mundurem. W warunkach panującego tu zaciemnienia – mój odblask na plecach oznaczał dla nich skrajną głupotę, bo na pewno nie odwagę. Żółty odblask POLICJA był doskonałym celem. Żeby chociaż można go było odpiąć, żeby na rzepy –  nic z tego, przyszyty był na stałe.

Nocą chodziłem na lądowisko helikopterów. Lubiłem obserwować jak obciążone uzbrojeniem śmigłowce startują do walki ze zwolennikami tak zwanej armii Mahdiego. Gdy po mniej więcej godzinie startowały kolejne, wiadomo było, że za chwilę siądą te pierwsze – już bez rakiet. Starty i lądowania odbywały się w absolutnych ciemnościach. Cóż, noktowizja i termowizja dają przewagę. Nie wiem dlaczego, ale myślałem wtedy o polskich sarnach i dzikach. W starciu z myśliwymi wyposażonymi w celowniki noktowizyjne nie mają szans. Tu zwierzyną są ludzie.

Może Ci się również spodoba