Śp. podinsp. Bogdan Laskowski – wspomnienie

Śp. podinsp. Bogdan Laskowski, Dowódca Polskiego Kontyngentu Policyjnego misji ONZ w Liberii (UNMIL), zm. 6 stycznia 2005 r. w Monrowii na malarię mózgową.

Studiował na Wydziale Metalurgicznym Politechniki Śląskiej uzyskując w 1972 r. tytuł inżyniera o specjalności „metalurgia metali nieżelaznych”. W czasach studenckich należał do Zrzeszenia Studentów Polskich. Ożenił się w dniu 5 maja 1975 r. Ze związku urodził się syn i dwie córki – bliźniaczki.

Do służby w Milicji Obywatelskiej wstąpił w dniu 1 grudnia 1975 r. Stopień oficerski uzyskał w dniu 15 czerwca 1978 r. Całą służbę pracował w Wydziale Techniki Operacyjnej Komendy Wojewódzkiej Policji w Bielsku – Białej, a następnie KWP w Katowicach – delegatura w Bielsku – Białej.

W kwietniu 1993 r. został delegowany na okres jednego roku do misji ONZ (UNPROFOR – Jugosławia) w charakterze obserwatora policyjnego, w 1995 r. pełnił służbę w siłach policyjnych ONZ (UNIPTF), które wchodziły w skład misji ONZ w Bośni i Hercegowinie – był zastępcą dowódcy kontyngentu. Do kraju powrócił w 1996 r. W roku 1997 r. – ponownie delegowany do pełnienia służby w polskiej grupie policyjnej UNIPTF, którą pełnił do 1998 r.  W latach 2000 – 2001 przebywał w Albanii w ramach Multinational Advisory Police Element (MAPE) – operacji Unii Zachodnioeuropejskiej.

Odznaczony Srebrnym Krzyżem Zasługi, Brązową Odznaką „Za Zasługi w Ochronie Porządku Publicznego”, Brązową Odznaką „W Służbie Narodu” i medalami ONZ za służbę w imię pokoju.

Mianowany pośmiertnie na stopień podinspektora Policji w dniu 12 stycznia 2005 r.

Fragmenty książki M.Górnicki „Misyjne wspomnienia” (str. 159-161 i 229-230)

Bodek

Wieloletnia znajomość zaowocowała przyjaźnią między naszymi rodzinami, tak więc parę akapitów poświęconych mojemu przyjacielowi i jego rodzinie należy się bez zbędnych wyjaśnień. Pierwszy raz o tym, jak martwił się trójką swoich dzieci (Łukasz i dwie bliźniaczki Maja i Natalia) dostrzegłem, gdy – będąc na misji – dowiedział się, że syna zatrzymała policja za huśtanie się na łańcuchu między słupkami… chyba przy przejściu dla pieszych. Bzdet, no ewidentny bzdet. Pewnie chłopaki sobie jaja robili, wiadomo, była to klasa maturalna, a tu trzeba zdawać na studia. Martwił się o Łukasza i to było widać – będąc za granicą informacje z kraju zawsze należą do tych z gatunku wrażliwych. Bodek ukończył z wyróżnieniem Politechnikę Śląską i jak każdy rodzic miał wobec dzieci jakieś oczekiwania. Jak się wkrótce okazało, chłopak dostał się na studia bez najmniejszego problemu. Bliźniaczki szły jak burza i oprócz ochów i achów, nie za częstych, ale jednak, mniej o nich słyszałem, za to widziałem, że pannice się z nich robiły, że aż miło było popatrzeć. Zmartwienia ojca były bezpodstawne. Łukasz ukończył politechnikę. Realizuje się naukowo – pracuje w Katedrze Inżynierii Komputerowej.

Wiadomość o tragicznej śmierci Majki dopadła mnie, czyniąc spustoszenie w  resztkach mojej wiary w sprawiedliwość na tym padole łez i nieszczęść wszelakich. Wsiedliśmy z Zośką i chłopakami w pociąg, pojechaliśmy do Bielska-Białej i uczestniczyliśmy w pożegnaniu cudnej dziewczyny, dopiero co rozpoczynającej dorosłe życie. Z Jasią i Bodkiem przytulaliśmy się, płacząc jak bobry. Mnóstwo młodzieży i zapłakana, żegnająca siostrę Natalia.

Minęły dwa lata, Bodeczek przystąpił do postępowania kwalifi kacyjnego, przeszedł je bez problemu – no, bo jak nie ja, to kto, kuźwa? – i wyjechał do Liberii – był dowódcą policyjnego kontyngentu. Okres rocznej służby w misji kończył mu się za miesiąc. Był na ostatnim urlopie w  kraju. W przeddzień wylotu nocował u nas. Z rozrzewnieniem wspominam jego brudne okulary. Tym razem ich zapomniał. Dużą cześć wieczoru poświęciliśmy na odwiedzanie aptek, żeby kupić właściwe jednorazówki. Cieszył się nimi jak dziecko. Wspólne zdjęcie z tego wieczoru ukazuje nas dwóch z Jurkiem, moim wiernym psem, Serbem z Nowego Sadu. Rano odwiozłem Bodka na lotnisko. Odleciał do „moja Afryka”. Gdzieś tak po dwóch tygodniach dostaliśmy z Liberii informację, że Bogdan chory na malarię leży w jordańskim szpitalu polowym. Zadzwoniłem do Jasi, informując ją o tym, co wiedzieliśmy. Nic nie zapowiadało tragedii, wszak Liberia nie jest krajem uznanym przez WHO za malaryczny. Śmierć mojego przyjaciela ścięła mnie z nóg, tak po prostu. Do kraju przyleciał swoim ostatnim lotem. Na warszawskim Cargo klepałem trumnę – rozmawialiśmy sobie. Dotarło do mnie, że mam w tym już niejaką wprawę. Znowu przytulałem Jasię. Ta postawna kobieta była cieniem. Do Bielska-Białej jechałem razem z Bodziem. Na pogrzebie nie zawiodła misyjna gwardia. Żegnając się z Jasią usłyszałem, że żyje już tylko dla Natalii. Marek, ja już nie mogę, nie mogę…

Wiadomość o śmierci Naty, drugiej bliźniaczki, również w wypadku drogowym wydała mi się kpiną. Podtrzymywałem Jasię w kościele i za trumną. Tragedią tej jednej rodziny można by obdzielić scenariusze kilku fi lmów. Marku, ja nie mogę, nie mogę, już więcej nie mogę…

Podczas ostatniej unijnej misji przejeżdżałem przez Bielsko-Białą. Byłem chyba pod specjalnym nadzorem pani sprzedającej kwiaty i znicze, bo relacje z moich wizyt szybko docierały do Jasi. Z drugiej strony – wiedziała, że byłem, bo cmentarz stał się jej drugim domem. Iz dana u dan (powiedzonko Bodka) o godzinie 13 wychodziła z pracy i pędziła na cmentarz. Gdy wróciłem do kraju, byliśmy w stałym kontakcie telefonicznym. Była na środkach uspokajających. Gdy dzwoniła i czułem, że miała wyjątkowego doła, proponowałem pomoc psychologa. Panią policyjną psycholog z Bielska poznałem przy okazji pogrzebów – w tym okresie często do siebie dzwoniliśmy. Wystarczył jeden telefon i była przy Jasi. Kilkakrotnie wsiadałem w pociąg i jechałem do Bielska. Spędzaliśmy dzień na rozmowach. Byłem słuchaczem i w zasadzie nie musiałem się odzywać. W słoneczną niedzielę leżakowałem na działce, gdy zadzwoniła Jasia. Mówiła cicho – ostatnio bardzo cicho mówiła, jakby ważąc każde słowo. Zapytałem, czy chce pomocy – nie, nie chcę, może jutro – na pewno nie chcesz? – na pewno. Rozmawialiśmy kilkanaście minut. W poniedziałek zadzwoniła psycholog – czy pan już wie, że pani Jasia nie żyje… Pierwsze chwile, wiadomo… ale później… Jasiu, ja Cię, kuźwa, rozumiem, bardzo, ale to bardzo Cię rozumiem. Rozmawiałem z Łukaszem, czekałem na informację o pogrzebie. Zadzwonił o godzinie 10. Pogrzeb miał się odbyć o godzinie 13. Choćbym miał się zes… to z Warszawy nie dojadę. Tylko na przejazd przez Raszyn trzeba godziny. Nie dawałem jednak za wygraną. Przez myśl przelatywały kombinacje wszelakich możliwości. Może na kogutach!!! Podpowiadała koleżanka – powoli schodziło ze mnie powietrze – wystarczy, nie jadę, to szaleństwo, to nie ma sensu. Łukaszu, pewnie byłeś zajęty i zapomniałeś. Ale było mi zajebiście przykro i przykro jest mi nadal.

Ostatnie wspólne zdjęcie z Bodkiem wisi nade mną w pracy. Mam je też na kominku w domu. Podjąłem próbę upamiętnienia przyjaciela. W Komendzie Głównej Policji znajduje się tablica z  nazwiskami policjantów poległych na służbie. Okazało się jednak, że jego śmierć nie spełnia jakiegoś tam kryterium. A przecież nikt inny oprócz mnie nie wie, jaki miałeś szacunek dla munduru. Pamiętasz Twój przejazd przez Węgry w mundurze? Pamiętasz jaja, jakie z tego wynikły? Dużo myślę o moim przyjacielu i zadaję sobie mnóstwo pytań. Zawsze sprowadzają się do jednego… dlaczego?

PS Wspominałem, że dobrze gotował? Jego specjalnością była faszerowana papryka (punjena paprika).

Moja misja zakończona

O tym, że bezskutecznie starałem się upamiętnić Bodeczka wpisem do Księgi Pamięci i umieszczeniem tabliczki epitafijnej na Tablicy Pamięci – już pisałem. Nie ma się więc co dziwić, że pismo przesłane z Gabinetu 01 o możliwości uhonorowania i wyróżnienia poległych policjantów podczas obchodów 95. rocznicy powstania Policji zaintrygowało mnie do tego stopnia, że „biegusiem” pojawiłem się w pokoju Irka – Naczelnika. Decyzja mogła być tylko jedna – pisz „Wniosek”.

Ogarnęła mnie „gorączka”. W przygotowanie niezbędnych dokumentów zaangażowali się dobrzy ludzie. Z archiwum KWP w Katowicach „na cito” otrzymałem skany niezbędnych „papierów”. Robert (kolega z pokoju) zajął się obróbką graficzną zdjęcia – powstało z fotografii na której Bodek stoi na lotnisku w Monrowii mając za sobą lwa w klatce. Po dwóch tygodniach dokumentacja była gotowa.

Zaproszenie na spotkanie Komisji proceduralnej, mającej na podstawie zgłoszonych wniosków dokonać „oceny zasadności wyróżnienia poległych policjantów” w imieniu Przewodniczącego Komisji, Pierwszego Zastępcy Komendanta Głównego Policji, przesłał Dyrektor Gabinetu KGP (pamiętacie Roberta z Banja Luki?).

Do Sali Generalskiej udałem się w bojowym nastroju. Przygotowałem powiększone zdjęcie przyjaciela, gotowy na przemowę w obronie tej jednej jedynej – ważnej tylko „dla mnie” postaci. Mając kartofla w gardle patrzyłem na przybyłych „z kraju” oficerów. Do omówienia mieliśmy 8 wniosków.

Już na wstępie Przewodniczący zaskoczył mnie/nas? „Panowie, proponuję nie dyskutować na temat śmierci – która jest ważniejsza… w obliczu tragedii… – wnoszę o zatwierdzenie wszystkich wniosków… i pierwszy podniósł rękę do góry”. Spłynął na mnie spokój, kartofel zamienił się w łzy, których opanowanie szło mi z trudem. Jeszcze tylko odczytanie wszystkich wniosków… Musiałem wyglądać niespecjalnie, bo Robert gdy wychodziliśmy klepnął mnie w ramię… spokojnie „druże”, spokojnie.

Uroczystość odbyła się w Komendzie Głównej Policji. Zaproszenie Komendanta Głównego Policji przesłałem Łukaszowi – przyjechał z żoną i córką. Przywiózł też odnalezione moje misyjne zdjęcia.

Na tym moja radosna twórczość literacka się kończy. Powiem tylko, że czuję się spełniony. To, co przez lata mnie „nakręcało”, nie dawało spokoju… jak ból zęba „ćmiło” – zrealizowałem. Czy dobrze?… nie wiem, ale… chciałbym wierzyć… – że tak.

no images were found