Śp. podinsp. Andrzej Kaczor – wspomnienie

Zginął 7 grudnia 1995 r. pełniąc służbę w Kontyngencie Straży ONZ w Iraku (UNGCI) w miejscowości Shaqlava od ładunku wybuchowego – pułapki umieszczonego w zbiorniku przydrożnej stacji benzynowej, obok której przejeżdżał patrol pod jego dowództwem.

Fragment książki M.Górnicki „Misyjne wspomnienia” (str. 29-32)

Andrzej

Obudziłem się z poczuciem, iż w pokoju nie jestem sam. Powoli wsunąłem dłoń pod poduszkę. Chłód pistoletu podziałał uspokajająco. Podniosłem się na łokciach i z niemałym trudem dostrzegłem potężnego czarnego kocura, siedzącego na stoliku i przyglądającego mi się. W mroku zwierzę było tak duże, że w pierwszej chwili się przestraszyłem – nikt tu przecież nie trzyma psów i kotów w domu. Moje zdziwienie było tym większe, że w oknie były kraty i siatka, skąd on się tu znalazł? Sprawa szybko się wyjaśniła. Mój ruch spowodował, że kot zaczął prychać, nie wykazując chęci ucieczki. Jego zachowanie znamionowało niezłego wojownika. Nie wiedziałem, czy zaskoczony zamierzał walczyć, czy też kalkulował, jak się stąd wydostać – rzucona poduszka wyraźnie pomogła w podjęciu decyzji. Skoczył na parapet, wydając odgłos raczej hieni niż koci. Chwilę się tam miotał, nie bardzo chyba wiedząc, co zrobić, odwrócił się do mnie i sprężył do skoku. Tego było już za wiele, druga rzucona poduszka spowodowała, że zaczął wspinać się po siatce do małego otworu, którym z niemałym trudem zaczął się przeciskać. Za chwilę siedział już na zewnątrz, patrząc na mnie. Bezgłośnie miauczał, pokazując braki w uzębieniu. Cholera, do skorpionów doszły jeszcze koty. O spaniu nie było już mowy. Zwlokłem się z łóżka. W kuchni siedział już Andrzej i jak każdego poranka zajadał zupkę mleczną. Wstawiłem wodę na herbatę. Mijając mojego towarzysza w drodze do kibelka, dostrzegłem jego uśmiech – no cóż, ciągle nie mogliśmy się przyzwyczaić do arabskich toalet. Szybko ogoliłem się i umyłem zęby. Patrząc na zapas wody w plastikowych butelkach, przypomniałem sobie o potrzebie jego uzupełnienia. Wróciłem do kuchni. Andrzej siedział już w mundurze, wyjmując z butów gazety. Nadepnąłem na czerwony koralik, no tak, już zaliczył dzień. Ten jego zwyczaj odliczania mijających dni koralikami, które zabrał z kraju, był przedmiotem dochodzenia Astiego. Sprzątając nie mógł zrozumieć, skąd się one biorą. Szybko ubrałem się, mieliśmy piętnaście minut na dojście do dowództwa.

Wychodząc z domu, pozdrowiliśmy właściciela. Jak zwykle nie narzucał się, dyskretnie nas obserwując, pewnie Asti zaraz przyjdzie sprzątać. Sklepikarz Aram zaczepił nas ot tak sobie, informując, że ma już mrożone irańskie kurczaki z pewnego źródła. Nie mogliśmy pogadać, bo motorola przypomniała o służbie. Duńczycy nawoływali się na apel poranny – pewnie wczorajsze spotkanie w klubie przeciągnęło się. Przyspieszyliśmy kroku, mijając żebrzących. Jedni boso, inni w klapkach. Bordowo – fioletowe stopy przypominały, że to zima. W bramie pozdrowił nas mocno znudzony peszmerg z zardzewiałym AK na ramieniu. Dostawali dolara dziennie za pilnowanie dobytku UN, a na pierwszą plotkę, że Saddam nadchodzi od strony Mosulu, rzucili swoje karabiny i zniknęli, chyba na dwa dni. Stało się to w ubiegłym tygodniu i wszyscy myśleliśmy, że – gdy wrócą – to będą jakoś onieśmieleni tą sytuacją, ale nie. Pojawili się ponownie tak, jakby nic się nie stało. Przy samochodach krzątało się kilku chłopaków. Zgodnie z wczorajszym grafikiem zadań miałem dostarczyć peszmergom na Kurrak ich miesięczną daninę. To była taka niepisana umowa Larsa z ich dowódcą. Dolar dziennie nie wystarczał. Oczekiwali, że dostaną od nas naftę, koce, olej, mąkę i co tylko się da – ale my tego nie mieliśmy. Tak więc Lars, dla dobra sprawy negocjował z Czerwonym Krzyżem i najczęściej udawało się uzyskać z ich magazynów co trzeba.

Przed odprawą wodzu bez słowa omiatał nas wzrokiem. Słowacy i Czesi dowcipkowali, byli w liczebnej przewadze. Duńczycy starali się wywnioskować, czy żarty nie dotyczą ich przypadkiem, ale nie mogąc nic zrozumieć, stroili tylko miny. Jak zwykle onieśmieleni byli Pakistańczycy. Byłem pełen podziwu dla Filipińczyków. Trzech z nich ukończyło studia Amerykańskiej Marynarki Wojennej – byli specami od łączności. Tym samym skazali się na permanentną służbę „na radiu” i na patrole wyjeżdżali rzadko. Po patrolach, jak kogoś dopadli, to maglowali na wszystkie tematy. To im meldowaliśmy się przez radio po przekroczeniu wskazanych punktów. Rudzielec skinął głową. Franciszek, oficer operacyjny, rozpoczął odprawę od sprawdzenia obecności. Z Andrzejem staliśmy w pierwszym szeregu tak jak wszyscy dowódcy zespołów. Za nami nasi podwładni. Wiedziałem od Andrzeja, że będzie miał ciężki dzień. Przy kolacji mówił, że jedzie na patrol dwoma samochodami i że z braku ludzi (urlopy) sam w swoim pojeździe będzie dowódcą patrolu, kierowcą i patrolmenem. Moje zadanie było mało skomplikowane. Przed miastem Shaqlawah ze składu Czerwonego Krzyża miałem zabrać na pikapa, „co dadzą” i zawieźć na Kurrak. Cieszyła mnie perspektywa wspinania się wysoko w góry i czekających tam widoków. Gdy czytano skład patrolu Andrzeja, ścisnęło mnie za gardło. Jakiś wewnętrzny głos grzmiał: Andrzej nie jedź, Andrzej nie jedź. Poddałem się temu nieoczekiwanemu dla mnie doznaniu, ze zdumieniem odkrywając cieknącą łzę i fakt, że nie mogłem słowa z siebie wydusić. Stałem jak słup, wpatrując się w Larsa. Trwało to dobrą chwilę. Nasze trasy się pokrywały. Andrzej miał jechać prawie na samą granicę pod Balinda Bridge, ciągle wysadzany i odbudowywany. Moje chłopaki przed odprawą sprawdzili pojazdy i po nawiązaniu łączności mogliśmy ruszyć. Andrzej machnął mi ręką, drugą podnosząc maskę samochodu. Jadąc, jeszcze parę razy zastanawiałem się nad dziwnym stanem, jaki mnie dopadł.

Do Shaqlawy było około godziny jazdy – dużo czasu zajmowało opuszczenie Erbilu. Jak zwykle wyjeżdżając z miasta zwolniłem, oglądając betonowe straszydło szpitala. Był darem rządu japońskiego i został zniszczony przez wycofujące się wojska irackie. Na dwupasmówce oddzielonej pasem niby zieleni jakiś ubrany na biało mężczyzna robił kupę i nie wyglądało, żeby się specjalnie przejął naszym widokiem. Parę kilometrów dalej przekraczaliśmy granice rozgraniczenia wpływów partii politycznych: PUK, PKK, PDK, kurczę, kto się w tym wszystkim połapie? Na pierwszym piętrze z pozoru glinianej wieży dostrzegłem zamontowany wielkokalibrowy karabin maszynowy (KPWT). Jak pamiętałem jeszcze ze „Zmechu”, to cholerstwo sporo waży i ma duży odrzut. Jak ta budowla to wytrzymuje? Mijamy kolejne punktowe umocnienia. To wszystko wygląda trochę tak jakby „na niby”. Czy to oznacza, że są tu minowe pola? Kilka kadłubów spalonych czołgów daje do myślenia.

Dojeżdżamy na miejsce. Już z daleka widać znaki Czerwonego Krzyża i Zielonego Półksiężyca. W magazynie rzędami stoi kilkadziesiąt nowych suzuki samurai. Zakurzone sprawiają wrażenie zapomnianych. Widzę, że machają do mnie z innego magazynu. Na dwa pikapy ładują nam skarby. Dostajemy dodatkowo koce. Nasi strażnicy powinni być zadowoleni. Czy to ich aby nie rozbestwi? – wiadomości rozchodzą się piorunem – inni też by tak chcieli – ale martwił się tym będę za miesiąc. Podpisując kwity, widzę jak przemknęły dwa białe nissany, czy to Andrzej mnie przegonił?

Wsiadamy i po raz kolejny odkrywam wspaniałą metamorfozę pikapa. Po dociążeniu jest miękki, wręcz komfortowy. Nie ma mowy o waleniu głową w podsufitkę na każdym kamieniu. Nabieramy prędkości, pnąc się lekko pod górę. Zjeżdżając w dół muszę pamiętać o uskoku asfaltu w tym miejscu. Przy większej prędkości często wyrzuca tu pojazd… Nagle gruchnęło przed nami, dopiero teraz widzę chmurę czarnego dymu, tak na oko – dwa kilometry dalej. Po dobrej chwili kojarzę poranek i wybuch. Czy to może mieć związek z Andrzejem? Czy to nasz patrol, a może to gdzieś z boku? Zwalniam. Mój drugi samochód przykleił się do mnie wbrew przepisom. Nie mam jakoś ochoty nakazać zachowanie dystansu.

Podjeżdżamy do głównego skrzyżowania w Shaqlavie, raczej domyślając się, że tu jest. Tłum ludzi nie pozwala nic dostrzec, nacieram więc pojazdem, ustępują bardzo powoli. Wysiadam, dalej nie da się jechać. Brodzę w jakiejś brunatno krwistej mazi, patrząc chyba na szczątki ludzkie, ale nie, to przecież ośli zad, kuźwa, skąd tego tu się tyle nazbierało? I ten specyficzny zapach. Tłum trzyma się z daleka. Zerkając na to, po czym stąpam, widzę, że moje „buty skoczka” są ubabrane w tym czymś po kostki. Z trudem orientuję się, że to coś przede mną to tył pikapa, czy to nasz? Podchodzę od strony kierowcy, karoseria jak sito, tak, to Rabaja, Filipińczyk. Skulony za kierownicą nie żyje – nie sprawdzam pulsu, nie ma po co. Obok Shah, Nepalczyk… widzę cieknącą z szyi strużkę krwi, którą dociska ręką. Rozerwałem opatrunek osobisty i mu przekazałem. Chłopak uśmiechał się niepewnie i drżącą ręką pokazywał na coś z przodu. Faktycznie, gdzie drugi samochód, a raczej pierwszy, dowódcy patrolu? Brnę do przodu. Czerwono-czarnej galarety jakby coraz mniej. Szukam Andrzeja. Zauważyłem parę osób na poboczu odwróconych do mnie tyłem. Podszedłem bliżej. Tak, tam w dole to nasz pikap. Przednie koła próbują wdrapać się z powrotem po poboczu na drogę. Zszedłem niżej i już wiedziałem. Przez uchylone okno patrzyłem na otwarte usta i szarą twarz. Nacisnąłem na tętnicę szyjną raczej z obowiązku niż z nadzieją – pulsu nie było. Z trudem otworzyłem posiekane odłamkami drzwi. Widok olbrzymiej rany w boku kierowcy tąpnął mną niesamowicie. Wróciłem tą samą drogą do mojego samochodu i wywołałem Larsa. Gdy się nie zgłosił, nawiązałem łączność ze stanowiskiem dowodzenia. Niezawodni Filipińczycy odebrali natychmiast. Chciałem przekazać, co się stało, ale już wiedzieli. Moi patrolmeni nie tracili czasu – uściśliłem tylko informacje i przeszedłem na kanał 01 – w sytuacjach kryzysowych można było mówić w narodowym języku. Jurek z Jensem już jechali sanitarką. Prosiłem Jurka, żeby się nie śpieszyli, żeby bezpiecznie dojechali. Rozmawiając, widziałem moich chłopaków odsuwających zdecydowanie gapiów. Nepalczyk dociskał opatrunek, ciągle się uśmiechając.

Wróciłem do Andrzeja i… zeszło ze mnie powietrze. Przykucnąłem przy tylnym kole samochodu i przyjąłem podanego papierosa. Przez motorolę słyszałem rozmowy z sanitarką, to Lars. Wstałem i jeszcze raz obejrzałem Andrzeja. Nie mogłem znaleźć jego plecaka – pistoletu też nie było – kurwa mać, już go obrobili? Dostrzegłem kilku ludzi z kamerą na tle białej terenówki. Mówili po angielsku i nagrywali – nigdy o nich więcej nie słyszałem. Przy drugim papierosie raczej obojętnie analizowałem to, co się stało. Widok Jurka i Jensa na krótko mnie otrzeźwił – jak oni szybko jechali… Zdążyliśmy zamienić kilka słów i land-rover z rannym na sygnałach popędził w stronę Arbilu. Mną zajął się Peter. Siedząc w samochodzie walczyłem z kłębiącymi się myślami. Z sektora kilkanaście razy łączyłem się ze służbą dyżurną Komendy Głównej Policji, ale telefon był przełączony na faks. Zadzwoniłem więc do Centrum Szkolenia Policji. Na centrali pracowała moja sąsiadka, może ona… Asia stanęła na wysokości zadania i podała mi inny numer telefonu. Od dyżurnego usłyszałem, że… nie może przyjąć ode mnie takiej informacji – tylko na piśmie. W tle, bardzo wyraźnie usłyszałem drugi męski głos – kurwa, to my mamy w Iraku policjantów? W tym czasie Jurek był już „na sztywno” z konsulem naszej ambasady w Bagdadzie. Andrzeja umieścił w chłodni prosektorium „japońskiego szpitala” – jedynego sprawnego pomieszczenia tego przybytku.

Pusty dom

Wróciłem do pustego domu – Beata wraca dzisiaj z urlopu. Szybko pojawił się Jens i zaoferował pomoc. Nie miałem na nic ochoty. Moje nastroje falowały – coś pomiędzy euforią i totalnym tumiwisizmem. Jens delikatnie zaproponował, że zaopiekuje się bronią – odmówiłem. Umówiliśmy się na poranek. Całą noc przesiedziałem przy stole, rozmyślając o wszystkim i o niczym. Rano zadzwoniłem do domu. Nie potrafiłem zapanować nad głosem, gdy informowałem, co się stało. Dopiero po paru miesiącach dowiedziałem się, że informację o wydarzeniu za radiem duńskim podało Polskie Radio. Sąsiadka – widząc żonę idącą ze szkrabami na spacer – nie mogła się nadziwić, że taka spokojna, a mąż zginął. Skąd mogła wiedzieć, że było nas tam pięciu. Ja… miałem farta.

Przyszedł Jens. Pokazałem, które rzeczy należą do Andrzeja. Zaczęliśmy je pakować, a raczej on to robił. Patrzyłem jak metodycznie układał ciuchy w kupki. Osobno mundurowe, osobno cywilne. Wszystko zapisywał na liście. Znalezione pieniądze wrzucaliśmy do plastikowego pojemnika. Odnalazłem niewysłane listy do Małgosi. Odłożyłem je na bok obok pokrwawionego, który znalazłem przy Andrzeju – a takie mieli plany… W wolnym czasie sporo o nich opowiadał. Przyszedł Otto. Mówił o szczegółach eksplozji. Ze wstępnych ustaleń wynikało, że razem z patrolem Andrzeja wysadzili autobus pełen ludzi, nie mniej niż 30 – 40 osób, ponadto przechodnie i zwierzęta. Ładunek wybuchowy był umieszczony w zbiorniku paliwa przydrożnej stacji benzynowej – taka cysterna na pustakach. Przez głowę przebiegła mi szybka myśl o cudownych ogrodach Allacha.

Pogrzeb

Pogrzeb miał się odbyć jutro w miejscowym kościele katolickim. Do końca dnia odwiedzali mnie koledzy, ale rozmowa się nie kleiła. Przyjechał „Długi” z „Blondynem” z Dohuku. Wspólnie pojechaliśmy do szpitala – trzeba było przygotować ciało i trumnę. Gdy przywieziono aluminiową okazało się, że… Andrzej jakoś do niej nie pasował… to był kawał chłopa. Zacząłem z nim rozmawiać, delikatnie naciskając – wysłuchał niemal natychmiast – coś tam jeszcze Jurek warczał na Cza-Czę – nie miała plastra czy też nożyczek w swojej walizce medycznej. Późną nocą wróciliśmy do domu. Po raz pierwszy byłem w katolickim kościele w Iraku.

Ceremoniał ten sam. Chłopaki zrobili szpaler. Po raz pierwszy poleciały łzy. Nie mogłem ich opanować. Po południu z „Blondynem” wieźliśmy Andrzeja do Bagdadu. Czekało nas parę godzin jazdy drogą być może zbudowaną przez polskie firmy. Na stacji benzynowej siadłem na trumnie i prowadziłem monolog. Miałem jeszcze tyle rzeczy do powiedzenia… tyle niedokończonych tematów… „Blondyn” wrócił, popatrzył i – pokazując na siedzenie obok siebie – łagodnie warknął – złaź. Za paliwo jak zwykle puszka coli. Gdy ruszaliśmy, Bagdad wywołał nas przez radio. Mieliśmy poczekać w Tikricie na Słowaka, jadącego na urlop. Czekaliśmy w upale 40 minut i nasza cierpliwość się kończyła. Już mieliśmy ruszać, gdy przyjechali. Jan ściszonym głosem poinformował, że jedzie na pogrzeb syna, który zginął na poligonie wojskowym.

W Hotelu Canal małe zaskoczenie. Niemal z marszu rozpoczęła się druga ceremonia pogrzebowa. Flagi, mnóstwo mundurów, przemowy i śpiew tęgiej Amerykanki, która nie mogąc wydobyć z siebie wysokiego tonu, co chwilę przerywała z przepraszającym uśmiechem, łapiąc się na przemian za gardło i pierś – nic się nie stało, dobrze wyszło, liczy się przecież intencja. Informacja o problemie z chłodnią zaskoczyła nas. Polski konsul dwoił się i troił, próbując rozwiązać problem. Negocjacje z Irakijczykami udały się. Pod wieczór zawieźliśmy Andrzeja do chłodni Akademii Medycznej. Lodówek było kilka, każda wielkości małego garażu z wielkimi stalowymi drzwiami. Widok setek nagich ciał, ułożonych pod sufit jedne na drugich był przygnębiający. Czy panujący tu smród miał związek z wyłączeniami prądu? Ułożyliśmy ciało na białym kocu, owinęliśmy drugim – do zobaczenia jutro.

Z Kwatery Głównej przesłałem do Polski faks ze szczegółami jutrzejszego lotu. Rano afera. Zastępca dowódcy misji, potężny chłop, zaczął domagać się od Jurka, żeby Andrzeja potraktować formaliną, ponoć zgodnie z lotniczymi przepisami. Musimy też mieć dokument potwierdzający przeprowadzenie tej czynności. Jurek był na najwyższych obrotach. Uwijali się z konsulem jak w ukropie – tu wszyscy przecież oczekiwali na bakszysz. Pojechaliśmy po Andrzeja, po południu wylot do kraju. W momencie przekładania ciała niespodziewanie pojawił się Amerykanin i zażądał dokumentu, o którym mówił rano. Nie wytrzymałem i rzuciłem się mu do gardła – odciągali mnie, a zbaraniały facet nie mógł wydusić z siebie słowa.

Z lotniska Habbanija polecieliśmy UN-em do Kuwejtu. Przedstawiciel MOVCON poinformował, że mamy się nie przejmować kolegą – pojechał do miasta „tam, gdzie trzeba”. Macie lot za pięć godzin via Paryż i jest tylko jeden problem – personel naziemny Air France strajkuje. Jan ma lecieć wcześniej prosto do Pragi. Po paru godzinach siedzenia, obserwowania zakwefionych kobiet i gęstniejącego tłumu ubranych na biało ludzi, „Blondyn” wyciągnął butelkę wędrowniczka. Piliśmy z gwinta. Po drugiej kolejce odnotowuję, że Janowi wyraźnie się poprawiło oraz biegnącego w naszą stronę gościa z MOVCON-u. Przerażony facet machając rękoma mówi coś o policji religijnej czy też obyczajowej, że alkohol, że zabronione, że pątnicy do Mekki i więzienie. Oddajemy połowę butelki. Odlatujemy o czasie. Jana nigdy więcej nie widziałem. W Paryżu chwilę przed odlotem LOT-owskiego samolotu poderwałem się popędziłem do stewarda. Ten spojrzał na mundur i niepytany powiedział – panów kolega leci z nami. Po starcie dodał – Francuzi puścili tylko nasz samolot – Vive la France.

Na Okęciu tak pracowicie rozbijali skrzynię transportową, że uszkodzona została zewnętrzna trumna. Wpatrywałem się potem w tę „niedoskonałość” w Słupsku na pogrzebie. Na płycie wojskowego lotniska kompania honorowa. Podeszła do mnie Małgosia, bladoszara, w oczach pustka. Uściskaliśmy się bez słów. Chwilę później zbliżył się wysoki gość w długim skórzanym płaszczu – o takim opowiadał mi Andrzej, że kupił przed wyjazdem. Przedstawił się – jestem bratem Andrzeja – kurczę, Andrzej nigdy nie opowiadał, że ma brata. Ceremonia miała szybki przebieg. Był duży mróz. Samolot przyleciał spóźniony. Wszyscy byli zziębnięci, a nas z „Blondynem” wręcz telepało w tropikalnych mundurach. Komendant Główny powiedział parę słów, a później poprosił, żeby do niego wpaść za dwa dni. „Blondyn” tylko jęknął – był z Wrocławia i dawno nie widział rodziny. Sztafeta policyjnych samochodów przewiozła trumnę do Słupska, gdzie następnego dnia odbył się pogrzeb. Przed uroczystością wpadłem do komendy wojewódzkiej i przekazałem prawie wszystkie zdjęcia z Iraku. Teraz się dziwię mojej głupocie – nic z tym nie zrobili, a ja straciłem pamiątki. Na pogrzebie patrzyłem na byłą żonę Andrzeja wystrojoną w dostatnie futro i obwieszoną złotem – coś wspominał o niemieckim chirurgu. Smutek Małgosi wcale nie odebrał jej urody. Były tak odmienne, że nie oparłem się pokusie przyglądania się, uciekając wzrokiem od meritum ceremonii. Zostaliśmy zaproszeni na stypę. Później siedzieliśmy z Małgosią w ich mieszkaniu. Andrzej nie pił alkoholu. Zdziwiłem się więc, widząc potężną kolekcję zacnych trunków, które przywiózł z Bałkanów. Rozmawialiśmy do rana.”