Chłosta Beskidzka – rajd górski 58 km

Relacja Artura:

Tegoroczna Chłosta przebiegała głównie szlakami Beskidu Wyspowego – jednych z najbardziej zdradliwych polskich gór. Żeby zrozumieć, dlaczego góry te są zdradliwe, trzeba spojrzeć na trasę, którą pokonaliśmy. Trasa długości 58 km, to nie jest coś, co robi wrażenie. Ale różnica wzniesień wynoszącą 3500 metrów, to już coś, co budzi szacunek.

Od kilku lat na popularności zyskują długodystansowe przejścia górskie (czasami z elementami orienteringu), które noszą wspólną nazwę „górskich wyryp”. Ich stopień zorganizowania i sformalizowania jest różny. Chłosta, to akurat jedna z tych o wysokim stopniu entropii, czyli do zorganizowanych nie należy. Organizator ustala trasę (po której sam później idzie) oraz miejsce i czas zbiórki. Reszta dzieje się sama. Nie ma zapisów, wpisowego, punktów kontrolnych i nikt nie czeka na mecie. Ktoś powie „bez sensu!”. Zgadzam się, ale czy wszystko w życiu musi mieć sens?

W tym roku startowaliśmy w Mszanie Dolnej. Tam też po raz pierwszy i ostatni, podczas tej edycji, widziałem organizatora.

Zaczęliśmy dreptać dużą grupą chłostowiczów. Jednakże w połowie trasy szliśmy już indywidualnie i cały peleton rozciągnął się na sporej długości. Podkreślam,  że zgodnie z nazwą, każda góra w Beskidzie Wyspowym, to samotna wyspa niepołączona z sąsiadkami żadną przełęczą. Trzeba atakować z doliny i zejść do doliny. A potem jeszcze raz i jeszcze raz. Do tego trzeba pilnować szlaków i ich kolorów. Zaczyna się wieczorem, więc siłą rzeczy większość trasy pokonuje się w nocy. Trzeba pamiętać o nawadnianiu się i jedzeniu nawet wtedy, gdy nie czuje się pragnienia i głodu. W tym roku temperatura była wysoka, więc przez całą trasę pot chlupał w butach, a plecy i bielizna były kompletnie mokre. Niesympatycznie. O świcie pojawiają się halucynacje.

Na trasie poznałem ciekawych ludzi. Najważniejsze, że nie jest to policyjna impreza, więc wachlarz tematów jest szeroki! Po raz kolejny obiecałem sobie, że wymienię telefon na taki, w którym GPS działa. Po raz kolejny kląłem się na istotę wyższą, że koniec z donaszaniem butów z misji i kupię sobie wreszcie porządne traperki. Co prawda Haix jest jedną z najlepszych firm obuwniczych na świecie, ale, co do ścisłości, to ich produkty wykorzystuje się w służbie patrolowej, a nie w turystyce górskiej.

I po raz kolejny obiecałem sobie, że nigdy więcej, że to już ostatni raz, że jestem już za stary, że jestem rencistą i trzeba sobie powiedzieć „dość”. Ale wiecie co? KŁAMAŁEM! Taki mam charakter i takie mam nazwisko, a ono zobowiązuje.

Trasa liczyła 58 km, ale zrobiłem więcej, bo raz, że trochę się gubiłem, a dwa, że ze Starych Wierchów, gdzie była meta, musiałem też zejść do Poręby Wielkiej Górnej, gdzie miałem auto. Zacząłem marsz o 20:00, a zakończyłem przed 14:00 dnia następnego. Tyle statystyk.

Pomimo, jak zwykle, odparzonego tyłka, poocieranych stóp i odbitych podeszw – było zajebiście!